wtorek, 25 kwietnia 2017

TEST: Mleczna linia do włosów NIVEA HAIRMILK

Kto już próbował nowego mlecznego szamponu Nivea? Ja byłam go bardzo ciekawa! Chociaż to właśnie szampon chyba najczęściej pojawia się na reklamach, to w serię wchodzą także odżywki: klasyczna do spłukiwania i w formie mgiełki, które część z Was zainteresują pewnie bardziej. Co ciekawe seria dzieli się także na produkty dostosowane nie do typu, a do struktury włosów: cienkich, normalnych i grubych. Sięgnęłam po te do włosów normalnych.

Cała nowa linia Nivea Hairmilk nowa linia Nivea Hairmilkzawiera naturalne proteiny mleka, które mają pomóc odżywić nam włosy, zatrzymać w nich wodę i stworzyć ochronny film na powierzchni włosa. Podział na różne rodzaje struktur włosów jest oczywiście bardzo słuszny i dzięki niemu jest szansa, że produkty nie obciążą naszych pasm (a moje włosy mają do tego straszną skłonność). Chyba po raz pierwszy spotykam się z takim podziałem, a nie tym przez wzgląd na rodzaj włosów (farbowane, suche, przetłuszczające się). Po tym kątem jest to na pewno coś nowego.


Przejdźmy jednak wreszcie do działania! Całej serii używałam przez jakiś czas nie stosując już żadnych innych kosmetyków do włosów, w tym czasie także nie olejowałam włosów, a nawet nie używałam żadnych produktów do stylizacji (właściwie i tak bardzo sporadycznie je stosuję). Nie za każdym razem sięgałam też po mgiełkę, bo po prostu nie czułam już takiej potrzeby. Przede wszystkim ogromny plus za brak obciążania! Moje włosy lubią niestety smętnie wisieć pozbijane w strączki i wiele kosmetyków do włosów bardzo je obciąża, ale tej serii udało się utrzymać je w stanie względnie puszystym, a jednocześnie wygładzonym, co u mnie nie jest takie proste do osiągnięcia. Muszę też przyznać, że włosy nie strączkowały się w ciągu dnia, za co Hairmilk ma już na wstępie u mnie sporego plusa. Szampon dobrze je oczyszczał, a odżywka do spłukiwania zmiękczała i wygładzała, także po użyciu były gładkie, śliskie i miłe w dotyku. Poziom odżywienia i wygładzenia włosów jest dla mnie w zupełności wystarczający, ale musicie pamiętać, że mam niskoporowate włosy, którym wiele do szczęścia pod tym względem nie potrzeba i większość odżywek jest dla nich w porządku o ile oczywiście nie obciążają.




Seria ładnie pachnie, a poszczególnych produktów używa się po prostu przyjemnie. Szampon dobrze się pieni, odżywka jest naprawdę gęsta i nie spływa z włosów (nie cierpię rzadkich, lejących odżywek). Mgiełka przyda się dla dodatkowego wygładzenia, ale moje włosy już po samej odżywce do spłukiwania były gładkie i dobrze się rozczesywały, więc nie musiałam za każdym razem jej używać. Na moich włosach mleczna pielęgnacja sprawdziła się na piątkę, choć kusi mnie jeszcze troszkę seria dla włosów cienkich, która być może byłaby jeszcze lżejsza co mogłoby pasować moim bardzo prostym i "ulizanym" włosom. Kto już próbował :)? Advertisement

piątek, 21 kwietnia 2017

NOWOŚCI od GOLDEN ROSE

Hej! W ostatnim czasie wpadło mi w ręce trochę nowości, między innymi z Golden Rose i to właśnie o nich będzie dzisiejszy wpis. GR od kilku lat zaskakuje bardzo fajnymi nowościami zgodnymi z aktualnymi trendami w makijażu, a przy okazji ma przyjazne dla portfela ceny ;). Szczerze mówiąc ja nawet często nie bardzo nadążam za wszystkimi nowościami marki, zatrzymałam się gdzieś przy flamastrach do ust, a na stronie widzę, że pojawiły się już kolejne rzeczy np. owalne pędzle-szczotki w różnych rozmiarach.



Długo przymierzałam się do polecanego odcienia nr 5 Liquid Matte Lipstick. Bardzo lubię tę serię, ale mam głównie jaśniejsze odcienie, a ta borówka ciągle chodziła mi po głowie i choć to raczej jesienny kolor to ostatnio wreszcie ją kupiłam. Do jagodowej 5 idealnie pasuje konturówka nr 520 z linii Dream Lips. Uwielbiam te konturówki, są miękkie, dobrze napigmentowane i mają świetne odcienie. Konturówki do ust kupuję praktycznie tylko z Golden Rose (nie licząc kilku wyjątków, które mi się przydarzyły jak Miss Sporty, MAC czy Kobo).

Po lewej idealny przybrudzony róż o przyjemnej, bardzo kremowej formule - to nr 44 Ultra Rich Colour. Wydaje mi się, że seria zmieniła opakowania, bo kojarzę że kiedyś były złote, a teraz to klasyczne matowe opakowanie, dużo ładniejsze.


Nowością w ofercie są markery do ust Lip Marker. Przyznaję, że na ustach jeszcze nie udało mi się ich wypróbować, ale z ręki ciężko je domyć! Mój odcień to koralowy 102, będzie fajny na lato :). To takie typowe tinty wżerające się w skórę.

Jest też trochę nowości do oczu: biała baza pod tusz Lash Primer, maskara Lash Plumping i baza pod cienie, która nie jest już może aż taką świeżynką :). Bazę polubiłam za idealną, aksamitną formułę, ale nie jest to ideał - szukam czegoś co będzie jeszcze trwalsze w efekcie końcowym.


Golden Rose zawsze kojarzy mi się z produktami do ust, ale mają przecież w asortymencie też trochę cieni do oczu np. paletki piątki. Ta jest chyba najfajniejsza ze wszystkich, z którymi miałam styczność - 112 Stormy Matte. Generalnie cienie GR nie są w moim odczuciu bardzo intensywne, co oczywiście dla jednym będzie plusem, a dla innych minusem ;).


Na koniec info dla krakowianek - Golden Rose jest teraz także w Galerii Krakowskiej (poziom -1). Już od dawna zastanawiało mnie to czemu jeszcze w Galerii Krk nie mają swojego punktu, bo obstawiałam, że na pewno miałby ogromne wzięcie w samym centrum :). Teraz dla wielu osób będzie wreszcie po drodze ^ ^.


wtorek, 18 kwietnia 2017

LIFERIA | Wiosenny box 🎁

Hej! Niedawno w moje ręce trafiło kolejne pudełko Liferia - jest to wiosenna, marcowa edycja. Zawsze bardzo czekam na ten box, bo w Liferii możemy spodziewać się nieznanych marek, które niekoniecznie będą dostępne w Polsce. Właśnie na takie kosmetyki liczę zawsze najbardziej, bo wiadomo - nowości są najciekawsze ;).


Do marcowego pudełeczka trafiło pięć różnych produktów, ale tym razem wszystko to pielęgnacja. Pudełko dostępne jest w sprzedaży jeszcze tylko dwa dni - do 20 kwietnia. Jeśli miałybyście ochotę je sobie zamówić to polecam Wam specjalny kod: kosme_march, dzięki któremu otrzymacie dodatkowy szósty kosmetyk - będzie to pomadka Pierre Rene lub mgiełka do włosów Beaver. Aby skorzystać z tej oferty należy wpisać kod w polu "komentarze" podczas składania zamówienia (na liferia.pl).

W marcowej edycji nie zabrakło kosmetyków do pielęgnacji twarzy. Mamy płyn micelarny, jako pierwszy etap codziennej pielęgnacji - micel marki Balneokosmetyki Malinowy Zdrój, które pewnie część z Was już zna. Ja miałam z nimi kiedyś styczność, ale generalnie rzecz biorąc markę znam bardzo pobieżnie, więc chętnie poznam się z kolejnym produktem (zwłaszcza, że micele schodzą u mnie jak woda). Płyn przeznaczony jest do cery normalnej i wrażliwej, a opakowanie jest pełnowymiarowe. Drugim produktem do pielęgnacji skóry twarzy jest tonik wiesiołkowy Naturalis. Z tonikami zawsze mi jest jakoś nie po drodze, ale jednak staram się pamiętać o ich systematycznym używaniu. Tonik nie zawiera parabenów i ma przyjemny zapach (opakowanie to pełny wymiar). Po toniku pora na krem - tym razem Liferia umieściła w boxie miniaturę kremu Ahava o lekkiej formule i nawilżającym działaniu. Krem zapowiada się ciekawie, marka to dla mnie coś nowego, a sam krem ma piękny kwiatowy zapach i momentalnie się wchłania. Oprócz kosmetyków do pielęgnacji twarzy mogłyśmy znaleźć miniaturę żelu pod prysznic Apple&Bears w wersji Pomegranate&Aloe Vera (lubię takie mini żele, bo są super na basen i na wyjazdy). Marka to znów dla mnie totalna nowość, a zapach żelu bardzo fajny! Jednak z całej zawartości od razu wpadła mi w oko pęseta The Vintage Cosmetic Company, w uroczym opakowaniu w stylu retro. To właśnie jej jestem najbardziej ciekawa, bo wciąż szukam idealnej pęsety!



Dajcie znać czy coś wpadło Wam w oko i czy macie godną polecenia pęsetę. Ja jeszcze nie znalazłam ideału, choć bardzo lubię Elite Models z Rossmanna.



środa, 12 kwietnia 2017

MAKIJAŻ: Różowe CUT CREASE 🎀

Hej! Dziś kolejny makijaż, ale w zupełnie innym klimacie, bo nieco mniej odjechany choć wciąż mocny :). Tym razem kolorem przewodnim stał się róż, który w połączeniu z bardziej przygaszonymi, ciemniejszymi odcieniami potrafi wyglądać niesamowicie. Bardzo lubię łączyć odcienie różu z ciemnym bordo, dzięki czemu róż wygląda bardziej elegancko i wieczorowo. W dzisiejszym makijażu w wydaniu cut crease czyli sposobie malowania gdzie ruchoma powieka jest wyraźnie odcięta od reszty (u mnie też dzięki białemu eyelinerowi).

Większość kosmetyków, które używałam w tym makijażu to oczywiście wciąż Makeup Revolution :). Na oczach miks cieni z paletki Flawless i palety róży Sugar & Spice (którą zastosowałam po prostu w roli cieni). Dodatkowo biały eyeliner Inglot w żelu i rzęsy Ardel #111. Użyłam tutaj też trójki do konturowania twarzy Ultra Sculpt & Contour Kit 01 i tęczowego rozświetlacza Unicorns Heart. Z kolei na ustach przepiękna metaliczna pomadka Retro Luxe w kolorze Worth It (kocham ten kolor!). Niestety pomadki nie są jeszcze dostępne w Polsce, ale mają wejść do sprzedaży.



Cut crease zdecydowanie najlepiej wygląda na zamkniętych oczach :). Z kolei różowe odcienie na powiekach genialnie wyglądają przy błękitnych tęczówkach - myślę, że na niebieskookich mój makijaż wyglądałby jeszcze ciekawiej, bo bardziej kontrastowo.


wtorek, 11 kwietnia 2017

MAKEUP: 90's 👽💊🍭

Hej! Na dziś przerysowany brokatowy look trochę w stylu lat 90. Bardzo lubię tworzyć takie mniej typowe makijaże. Oczywiście te z gatunku "do noszenia" też są fajne i bardzo praktyczne, ale nie można sobie tak poszaleć ;).

Do tego looku używałam głównie cieni od Makeup Revolution (paletka Fortune Favours the Brave), ale też brokatów. Na oczach wylądował nawet Pixel Efekt z ostatniego wpisu! Na ustach matowa pomadka MUR Retro Luxe Magnificent, a na nią nałożony pigment z Inglota.




sobota, 8 kwietnia 2017

MANICURE: Indigo PIXEL EFFECT KOPCIUSZEK

Marka Indigo na wiosnę wprowadza kolejne "pyłkowe" nowości! Odkąd bardziej przerzuciłam się na lakiery hybrydowe, moje ulubione metody na zdobienia totalnie zdominowały wszystkie "syrenki", metal manixy, kameleony i inne pyłki, które dają niezwykłe efekty na paznokciach. W tej kategorii zawsze jakoś najbardziej przekonują mnie pyłki Indigo, może dlatego że marka często wprowadza je jako pierwsza do sprzedaży, a może po prostu przez to, że to od nich kupiłam pierwszą syrenkę. Jak tylko dowiedziałam się o nowych neonowych syrenkach (świetne!) to zajrzałam do ich sklepu stacjonarnego i kupiłam kilka nowości - między innymi Pixel Effect.

Pixel to coś w typie popularnego efektu syrenki, tyle że zdecydowanie grubszy. Mieni się podobnie, fajnie i mocno duochromowo, bo od zieleni przez jasny pomarańcz. Sam w sobie jest też dosyć transparentny, więc kolor bazowy przebija spod spodu, a Pixel nadaje tylko dodatkowe efekty kolorystyczne. Z jednej strony fajny, a z drugiej mam do niego mieszane uczucia, bo o ile z daleka wygląda super, to już z bliska jak zwykły gruby brokat.


Pixel Effect nakładamy podobnie jak syrenkę czyli na warstwę dyspersyjną (lepką) drugiej warstwy lakieru hybrydowego. Na to oczywiście top coat. Specjalny Dry Top czy No Wipe Top nie będzie potrzebny, bo Pixel nie będzie się chciał do niego przyczepiać. Ja nakładałam go na jasną, lekko transparentną hybrydę.



Taki brokacik kosztuje 9zł, a czy warto go kupić... zdecydujcie same :). Mnie ani nie przekonał ani też nie rozczarował. Myślę, że będę z niego korzystać używając też np. miejscami pod stemple, naklejki czy ręczne malowanki. Jak dla mnie tradycyjnej syrenki nie przebija, do mnie jednak bardziej trafia drobny, prawie jednolity błysk!